Archiwum kategorii: Publicystyka

GEOPOLITYKA POLSKA. Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski (dla WNET)

Odzyskiwaniu przez Polskę statusu formalnej niepodległości w latach 1989, 1990, 1991 towarzyszyły wydarzenia i ich skutki: zjednoczenie Niemiec i rozpad Związku Sowieckiego – określające naszą sytuację geopolityczną na najbliższe dziesięciolecia. Niemcy po swoim zjednoczeniu w 1990 roku dołączyły do grona zwycięzców II wojny światowej. Rosja, w 1991 roku, wyłaniająca się z upadłych Sowietów, swego statusu zwycięzcy z 1945 roku nie straciła. Zarówno Niemcy, jak i Rosja, zyskały nowe – komplementarne wobec siebie i synergiczne – atrybuty geopolitycznej inicjatywy. Rosja dała Niemcom – pod zagospodarowanie w ramach Unii Europejskiej – bezcenny depozyt i wiano: swoje republiki bałtyckie i swoje demoludy – państwa byłego już Układu Warszawskiego i RWPG.

W rezultacie ukształtował się trwale, wymarzony przez Putina, geopolityczny styk zdominowanych i kolonizowanych przez Niemcy, unijnych państw Europy Środkowej i kontrolowanych bezpośrednio przez Rosję obszarów i państw Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu zjednoczone i mocarstwowe Niemcy na drodze swej cywilizacyjnej ekspansji zyskiwały geopolityczną przestrzeń, przez Rosję aż po Władywostok, ku Oceanowi Spokojnemu; Rosja zaś, poprzez niemieckie władztwo nad Unią Europejską poszerzała zasięg swej geopolitycznej penetracji aż po Lizbonę i wrota Oceanu Atlantyckiego. W rezultacie, co najmniej, od 2004 roku – poszerzenia Unii o państwa Europy Środkowej, można mówić o ukształtowaniu się rosyjsko-niemieckiego wału pacyficzno-atlantyckiego, który realnie powstał mimo przynależności Niemiec do NATO. Było to możliwe, bo aż do czasu prezydentury Donalda Trumpa NATO tolerowało swą geopolityczną słabość, właśnie na obszarze styku niemiecko-rosyjskiego, nie dając swym nowym członkom – państwom Europy Środkowej – takich samych gwarancji bezpieczeństwa jak państwom Europy Zachodniej.
Czy Polska mogła zapobiec tak pojętemu rozwojowi wydarzeń? Zapewne – swym potencjałem i w pojedynkę – nie. Ale była jeszcze jedna, istotna przeszkoda: brak samodzielnie ukształtowanej – antycypującej i neutralizującej zagrożenia – własnej doktryny politycznej.
Nie mogła takiej roli spełniać, praktycznie jedynie dostępna, bo odmieniana przez wszystkie przypadki i traktowana na wzór wytrycha – osławiona doktryna Giedroycia; najczęściej jednak stosowana do opisu relacji polsko-ukraińskich i układania polityki Polski wobec Ukrainy. Klasyczna doktryna Giedroycia w odniesieniu do Ukrainy wymaga od Polski: wyrzeczenia się jakichkolwiek roszczeń terytorialnych i imperialnych zakusów, a także bezwzględnego imperatywu działania na arenie międzynarodowej, na rzecz niepodległości i dobra Ukrainy, w myśl kluczowej zasady: „Nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”. W intencji doktryny Giedroycia reguły te zyskują rangę polskiej racji stanu, a ich stosowanie nie jest uwarunkowane symetrią zachowań strony ukraińskiej wobec Polski. To jedna, praktyczna ograniczoność doktryny Giedroycia, z punktu widzenia polskiego interesu narodowego. Druga dysfunkcja dotyczy szerokości geopolitycznego spektrum, w którym „działa” doktryna Giedroycia. Ta, którą znamy z publicystyki paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego rozważa relacje polsko-ukraińskie w kontekście ich wspólnego losu w sowieckim bloku, w odniesieniu do jednego agresora i zagrożenia płynącego z jednego, rosyjskiego kierunku. Taki punkt widzenia okazał się jednak wielce wpływowy i został odwzorowany w oficjalnej, polskiej polityce zagranicznej wobec Ukrainy i Rosji na przełomie lat 90. XX i pierwszej dekady XXI wieku, będąc praktycznie respektowanym przez wszystkie kolejne ekipy władzy, aż do czasów premiera Donalda Tuska.
To Tusk zauważył i wykorzystał, przeciw polskim interesom narodowym, słabość myśli politycznej paryskiej „Kultury”, całkowicie bezradnej wobec faktu jednoczesnego znalezienia się Polski i Ukrainy w kleszczach dwóch imperialnych polityk: rosyjskiej i niemieckiej, sprzęgniętych budową wspólnego, gigantycznego bloku atlantycko-pacyficznego. Tusk zauważył i wykorzystał, przeciw polskim interesom narodowym, także inny mankament myśli politycznej paryskiej „Kultury”; jej swoisty, ukraiński kompleks, nieograniczający się tyko do braku terytorialnych roszczeń i gromkiego wyrzekania się przez Polskę rzekomych neoimperialnych zakusów, lecz chlubiący się całkowitym zarzuceniem koncepcji zbudowania na prawdziwie partnerskich zasadach, natchnionej umową w Hadziaczu w 1658 roku, wspólnej, polsko-ukraińskiej geopolitycznej jakości. Tusk dostrzegł tę myślową i strukturalną lukę i zaoferował obu mocarstwom: Rosji i Niemcom – kosztem Polski i Ukrainy – swe bezcenne usługi jako istotnego współbudowniczego, w tym tak ważnym i geopolitycznie newralgicznym punkcie – rosyjsko-niemieckiego bloku, od Władywostoku po Lizbonę.
I dalej wszystko poszło sprawnie. Co tylko czynił Tusk było po myśli Niemiec i Rosji. Nawet posyłanie sześciolatków do szkół i podwyższenie wieku emerytalnego miało w zamyśle służyć blokowi rosyjsko-niemieckiemu poprzez sukcesywne dostarczanie – na rzecz jego wielkich budów – rzesz polskiej, niskokwalifikowanej siły roboczej.
A oba mocarstwa: Niemcy i Rosja, mając pełną świadomość, że dla urzeczywistnienia bloku atlantycko-pacyficznego panowanie nad Polską i Ukrainą ma kluczowe znaczenie – rozpoczęły wspólną, bezwzględną, geopolityczną rozgrywkę.
Rosja, dokonując w 2014 roku aneksji ukraińskiego Donbasu, sięgnęła do tradycji tzw. ugody w Perejasławiu, w 1654 roku, gdy kosztem Rzeczypospolitej powiększyła swe terytorium o prawie identyczny obszar ziem wschodnio-ukrainnych. Niemcy zaś objęły kolonizacyjny protektorat nad pozostał częścią Ukrainy, z Kijowem. Oba mocarstwa: Niemcy i Rosja sięgnęły po tzw. format normandzki, gdy do wspólnego stołu zaproszono Ukrainę – by oznajmić jej swą wolę i Francję – w roli towarzyskiej i nie bezinteresownej przyzwoitki.
Rosjanie zastosowali w tym przypadku swą ulubioną metodę polityczno-dyplomatyczną: „Co nasze jest nasze, co wasze jest do wynegocjowania”, dzięki której Niemcy rozpoczęli proces kolonizowania przypisanej sobie części Ukrainy; taki sam, jakim po 1990 roku objęli Polskę. Niemcy sięgnęli w tym celu po polityków, którzy z zaangażowaniem i przejęciem pomogli im wcześniej kolonizować nasz kraj. W nagrodę, najbardziej zasłużonego z nich Donalda Tuska – umieścili w Brukseli, a innych, sprawnych i doświadczonych: Leszka Balcerowicza, Sławomira Nowaka, Bartłomieja Sienkiewicza wysłali na Ukrainę, by tam, na miejscu, dalej pracowali dla dobra Niemiec.
Ukraina nie potrzebowała Polski przy normandzkim stoliku, a pod protekcją Niemiec Ukraińcy czują się pewnie i zachowują wobec nas jakby pozostawali na uprzywilejowanej pozycji.
W XVIII wieku Ukraina przeddnieprzańska była integralną częścią Rzeczypospolitej; dzisiaj stanowi niemiecki protektorat, a z nami nie chce rozmawiać o wspólnym, partnerskim obszarze geopolitycznych interesów. Zamiast Ukraińców i Polaków dokonała tego Angela Merkel, którą można śmiało nazywać Angelą Jagiellonką, bo potrafiła dla niemieckich celów i wykorzystać testament Hadziacza z 1658 roku, i zinstrumentalizować doktrynę Giedroycia, która w strywializowanej postaci realizowana jest dzisiaj tak, że Polska dmucha w trąbę niepodległej Ukrainy, a geopolityczne frukta zbierają z tego Niemcy. Przewidział to profesor Bohdan Osadczuk, udzielając pamiętnej przestrogi: „Kreml ma koncepcję poróżnienia Polski z Ukrainą. Jest to bodaj kluczowe zadanie rosyjskiej dyplomacji w naszym regionie”. Tą „kremlowską koncepcją” i wielkim sukcesem Putina okazał się w praktyce format normandzki, mocą którego zadnieprzańska Ukraina została wcielona do Rosji, a przeddnieprzańska – stała się strefą wpływów Niemiec.
Na koniec tych spostrzeżeń warto wrócić do doktryny Giedroycia i krytycznie oraz realistycznie zauważyć, iż niepodległość Ukrainy jest dla nas wartością, o ile relacje polsko-ukraińskie są lepsze niż niemiecko-ukraińskie. Dlatego drogę Ukrainie powinna wskazywać odwrócona doktryna Giedroycia: „Nie ma niepodległej Ukrainy bez niepodległej Polski” i prowadzić Ukrainę wprost ku Trójmorzu – dobrowolnemu związkowi niepodległych i suwerennych państw, realizujących we wzajemnym partnerstwie swe narodowe interesy.

Artykuł publikowany w ogólnokrajowym miesięczinku KURIER WNET, luty 2018

SZYMON GIŻYŃSKI

GEOPOLITYKA. Paradoksy doktryny Giedroycia (dla WNET)

Już sam tytuł artykułu Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego: „Ukraińcy, zrozumcie nas”, pomieszczonego w numerze 2/2018 „Nowej Europy Wschodniej” zdaje się odnosić trudności i komplikacje w dzisiejszych relacjach polsko-ukraińskich do skutków, wciąż odżywającego, historycznego sporu wokół UPA i Stefana Bandery.
A tak przecież nie jest. Dysfunkcje i komplikacje w stosunkach politycznych między Warszawą i Kijowem nie są bowiem powodowane odrębnie pojmowanym sporem historycznym, lecz wynikają z coraz bardziej pogłębiających się różnic w praktykowaniu własnych suwerenności – przez Polskę i Ukrainę. Polska jesienią 2015 roku wstąpiła na drogę konsekwentnego praktykowania suwerenności i rozpruwania gorsetu kolonialnych zależności od Niemiec oraz niemieckich i rosyjskich wpływów w Unii Europejskiej. Ukraina zaś, mocą tak zwanego formatu normandzkiego (w którego składzie odmawiała potrzebie obecności Polski jako rzeczywistej obrończyni ukraińskich interesów) utraciła na rzecz Rosji Krym i Donbas, a pozostałą część Ukrainy z Kijowem oddała pod niemiecki, kolonialny protektorat.
Dlatego format normandzki był wielkim, wspólnym sukcesem Niemiec i Rosji; otwierając drogę, choćby, dla budowy Nord Stream 2 (wieki cios dla interesów ekonomicznych Ukrainy) i umacniając rosyjsko-niemiecki, euroazjatycki blok, konstruowany od Atlantyku po Władywostok.
Niepodległe i suwerenne: Polska i Ukraina są dla niemiecko-rosyjskich, euroazjatyckich ambicji i koncepcji jak rozsadzający je klin; zaś podporządkowane Niemcom i Rosji terytoria Polski i Ukrainy stanowią wymarzony – na potrzeby pacyficzno-atlantyckiego wału – budulec i sworzeń. To dlatego wszelkie spory i niekoherencje polsko-ukraińskie są tak bardzo na rękę Rosji i Niemcom i są przez Kreml i Berlin – w stu miejscach i na sto sposobów – podsycane, podtrzymywane i aranżowane.
Od bez mała czterech stuleci: ugody perejasławskiej, 1654; umowy w Radnot, 1656; bitwy pod Połtawą, 1709; Sejmu Niemego, 1717 – nieprzerwanie praktykowanym celem polityki rosyjskiej i niemieckiej jest najazd i zabór Rzeczpospolitej, a w najlepszym razie objęcie jej ziem różnymi, w zależności od okoliczności i potrzeb, formami kolonialnego protektoratu. Ta reguła pozostaje w pełni aktualna w odniesieniu do polskiej i europejskiej rzeczywistości, także po roku 1990. Rozpad Związku Sowieckiego i zburzenie muru berlińskiego oznaczało ani mniej, ani więcej, tylko przebudowę, modernizację i synchronizację imperialnych polityk Rosji i Niemiec. W rezultacie: Putin okazał się – zajmując Krym i Donbas – sukcesorem ugody w Perejasławiu z 1654 roku, a Angela Merkel, obejmując swymi wpływami pozostałą część Ukrainy – sukcesorką umowy w Hadziaczu z 1658 roku, przy tym: bezwzględną likwidatorką jej przesłania – proklamującego Rzeczpospolitą Trojga Narodów: Polski, Litwy i Ukrainy. Stąd szyderczo, ale w odniesieniu do szyderstwa historii, można Merkel nazywać – Angelą Jagiellonką. To szyderstwo historii boli tym bardziej, iż rozgrywa się na naszych oczach i naszym kosztem. Dotyczy zaś zszargania i przejęcia przez Niemcy i Rosję – dla własnych celów – perły geopolitycznej myśli polskich elit po 1989 roku, czyli tzw. doktryny Giedroycia. Niemieccy i rosyjscy stratedzy odczytali i zastosowali Giedroycia literalnie. Skoro likwidacja niepodległości, lub, w innym wariancie sytuacyjnym, ograniczanie suwerenności Polski jest dla Niemiec i Rosji celem geopolitycznie nadrzędnym, to słynna Giedroyciowa dewiza: „Nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy” – wytycza drogę i kolejność postępowania. Zakwestionowanie niepodległości, integralności i suwerenności Ukrainy przyszło Rosji i Niemcom stosunkowo łatwo. Ukraina przed dyktatem normandzkim broniła się słabo, nie widząc w Polsce koniecznego sojusznika i nie domagając się polskiej obecności przy stole rokowań. Kijów, wówczas w Normandii i na przyszłość, wybrał protekcję Berlina. A to oznacza, że sprawy na Ukrainie potoczyły się tak, jak w Polsce po 1990 roku. Wtedy, pamiętamy to bardzo dobrze, Niemcy – organizując gigantyczną i precyzyjną kampanię – wmawiały, że są najlepszym adwokatem Polski w Europie i najskuteczniejszym gwarantem naszych polskich interesów. Złudzenia i maski opadły szybko. Niemiecka protekcja działała długofalowo, konsekwentnie i precyzyjnie, a pod rządami PO-PSL uczyniła z Polski niemiecką kolonię, z suplementem gwarancji dla interesów Rosji.
Ukraińcy, zamiast uczyć się na polskich błędach i ich się wystrzegać oraz wyciągać wnioski z polskiego przełomu A.D. 2015 poszli drogą, która wcześniej, dla Polski, okazała się zgubną. Ukraińcy natomiast podeszli do sprawy z wielkim oddaniem i zaprosili do siebie doświadczonych realizatorów niemieckich interesów, wcześniej z sukcesami w Polsce, dzisiaj zadaniowanych przez tych samych zleceniodawców, do skolonizowania, na rzecz Niemiec – Ukrainy: Leszka Balcerowicza, Mirosława Czecha, Sławomira Nowaka czy Bartłomieja Sienkiewicza; wszystkich nadzwyczaj niechętnych rządom Prawa i Sprawiedliwości w Polsce. Żeby zatem przykryć konfuzję i wizerunkowo odwrócić uwagę od tego, co czynią, ukraińscy liderzy, podtrzymują kurs „sporu historycznego” z Polską; ba, podobnie jak Niemcy i Rosja adaptują na swój sposób i dla swoich celów doktrynę Giedrojcia, zakładając, iż Polska i tak będzie, bo musi, popierać Ukrainę zawsze i wszędzie, gdyż leży to w jej interesie.
I tutaj, politycy ukraińscy popełniają poważny błąd. Ukraina, parafująca format normandzki, stała się zakładnikiem relacji rosyjsko-niemieckich i to tych najpoważniejszych z geopolitycznego punktu widzenia, bo cementujących euroazjatycki sojusz Berlina i Moskwy. Parafowanie formatu normandzkiego z Ukrainą i rozpoczęta już budowa, także kosztem Ukrainy, Nord Stream 2, to wielki, wspólny rosyjsko-niemiecki sukces, naruszający w światowym balansie sił pozycję zarówno USA, jak i Chin, co przez obie potęgi nie może zostać nie zauważone i pozostawione bez reakcji.
Daje to nadzieję i geopolityczną koniunkturę państwom kształtującego się Trójmorza, w tym Polsce. Nie z naszej winy polityczne azymuty Polski i Ukrainy nie przylegają dzisiaj do siebie. Polska, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości stara się swą suwerenność stale i systematycznie umacniać. Analizując ten sam okres, tego samego – o Ukrainie – powiedzieć nie można. Nie ma tu zatem zastosowania klasyczna doktryna Giedroycia głosząca, iż niepodległość-suwerenność Polski jest uwarunkowana niepodległością-suwerennością Ukrainy. Na naszych oczach wypadki dziejowe powołują natomiast nową, odwróconą zasadę Giedroycia: „nie ma suwerennej Ukrainy bez suwerennej Polski”.
Polska, pozostająca na kursie praktykowania suwerenności, powinna stanowić dla Ukrainy atrakcyjną ofertę budowania wspólnego obszaru geopolitycznych wpływów i interesów. To, że dotychczas ta wspólna szansa nie została przez Kijów podjęta – przecież jej nie unieważnia.

Tekst publikowany w ogólnopolskim miesięczniku „KURIER WNET”, kwiecień 2018 r.

SZYMON GIŻYŃSKI

GEOPOLITYKA. W stronę Europy właściwej (dla WNET)

Andrzej Baczyński, redaktor naczelny „Polityki” zwierzył się kiedyś, iż jego celem i marzeniem jest, by, przede wszystkim Polska, ale i inne kraje Europy, stanowiły obszar słabych tożsamości, chroniąc tym samym świat i siebie samych przed chorobą nacjonalizmów i ich nieuchronnymi skutkami, w postaci wzajemnych agresji i wojen.

Życzenie red. Baczyńskiego zawiera w sobie wyraźną sprzeczność, bo, używając ulubionego określenia niedocenianego teatromana, Krzysztofa Mieszkowskiego, stanowi „propozycję przemocową”. Potrzeba bowiem wielkiej siły, by, stale i w ryzach, utrzymywać słabe tożsamości; jednocześnie dbając ich właściwy wizerunek – jako naturalny, oddolny i wyrosły na suwerennej glebie. Tę siłę stanowi dzisiaj połączona władza polityczna europejskich, zachodnich biurokracji; zbudowana na lewackich ideach i pozostająca w rękach „pokolenia 68”. Rządy zachodnio-europejskich liderów, wychowanków rewolucji maja 68, znów mówiąc nieocenionym Mieszkowskim, mają charakter przemocowy; łącząc terror nihilizmu i poprawności politycznej z szantażem – wobec opornych – zarzutu odstępstwa od świętych reguł demokracji.
Wynikłe stad zagrożenia i ich konsekwencje przenikliwie dostrzegł i opisał prof. David Engels w obszernym wywiadzie, udzielonym „Kurierowi Wnet”; w jego czerwcowym wydaniu: „(…) dzięki Grupie Wyszehradzkiej Europa jest dziś podzielona. Zachodnia cześć jest liberalna (…) społecznie, kulturalnie i obyczajowo w duchu kontynuacji roku 1986. Spora część krajów europejskich jest już zislamizowana. Ale jest tez wschodnia część Unii Europejskiej, która próbuje przeciwstawić się tym ogólnym trendom. (…) obserwując ogólny kierunek przypuszczam, że zachodnia Europa będzie dużo mniej stabilna politycznie od wschodniej części Unii. (…) Spodziewam się więc, że zachodnią Europę czeka powolny schyłek i że coraz trudniej będzie nią rządzić” – orzeka prof. David Engels i konkluduje: „Z powodu niszczenia chrześcijaństwa demokracja powoli przemija i jest w nieustannym kryzysie.” Zwłaszcza w tych ostatnich słowach jakże wyraźnie pobrzmiewają przestrogi św. Jana Pawła II.
Czym zatem należy zastąpić próżnię po europejskiej, zachodniej tożsamości? W jaki sposób przyjdzie nam ująć w karby los Europy i jej historycznej wartości, po to, by – trawestując Rainera Marię Rilkego – nasza przyszłość nie minęła?
Podpowiedzi, bo na pewno nie już gotowe odpowiedzi, podsuwa – jak zawsze w czasach kryzysów i przełomów – geopolityka. Kryzys moralny, ideowy i instytucjonalny Zachodniej Europy jest na rękę budowniczym wielkiego bloku atlantycko-pacyficznego, od Lizbony po Władywostok, czyli – Niemcom i Rosji. Oba mocarstwa od trzystu lat szukają ze sobą geopolitycznego skutku, do czego dzisiaj ma prowadzić niemiecka dominacja w Europie i rosyjska, bezpośrednia presja na byłe sowieckie republiki. W strefie niemiecko-rosyjskiego styku, lub inaczej mówiąc: geopolitycznego zgniotu znajduje się grupa państw z tego właśnie powodu zagrożonych, u samych podstaw swej suwerenności a nawet niepodległości. Państwa te, między innymi, Grupa Wyszehradzka i republiki bałtyckie szukają razem strategicznej, trwałej, czyli geopolitycznej odpowiedzi na wspólnie rozpoznane niebezpieczeństwa, by je – za słynna maksymą brytyjskich mężów stanu, Pittów: Starszego i Młodszego – przekuć w szansę. Tą, zmaterializowaną, bo już proklamowaną, ogłoszoną i konsekwentnie instytucjonalizującą się szansą jest oczywiści koncepcja Trójmorza. Stanowi ją formuła trwałej, geopolitycznej współpracy grupy państw, usytuowanych pomiędzy Morzami: Adriatyckim, Bałtyckim i Czarnym.
Jakie są zatem konstytutywne cechy Trójmorza? Co najmniej trzy.
Po pierwsze, kwestia już wyżej wzmiankowana: wspólnie, choć – co zresztą nie utrudnia statusu jedności grupy – niekoniecznie identycznie definiowanego zagrożenia. Własne predylekcje i specyfikacje polityk, dla przykładu: Węgier, Czech czy republik bałtyckich nie muszą oznaczać problemu dla jedności Trójmorza; mogą natomiast stanowić – na rzecz Trójmorza – wartość dodaną.
Po drugie, nie tylko geograficznie, nadaje się Trójmorze do naturalnego i jednoznacznego wyodrębnienia. Przecież, łączą trójmorskie państwa silne i rozmaite więzi: cywilizacyjne, gospodarcze i kulturowe; wynikające, w różnych konfiguracjach, ze wspólnoty historycznego losu. Wszystkie państwa Trójmorza bronią swe terytoria przed islamską, imigracyjną inwazją. Dzięki takiej postawie narody Trójmorza, nie są antyislamskie. Przeciwnie: akceptują i organizują pomoc dla państw islamskich, z których imigranci się wywodzą, po to, by ich zatrzymać na miejscu, bo tam są swym islamskim ojczyznom potrzebni. Narody Trójmorza – choć współcześnie w różnym stopniu interioryzacji – są historycznie chrześcijańskie; wyznań: katolickiego, protestanckiego, prawosławnego. I, in gremio, narody Trójmorza nie są, przynajmniej w takim stopniu jak Europa Zachodnia, dotknięte obecnością i penetracją elit, pozostających w dyspozycji pokolenia 68.
I po trzecie, rzecz najważniejsza: pojawiła się, w ostatnich latach – dla krzepnięcia Trójmorza – rzeczywista, międzynarodowa koniunktura. Polityczna wola samych państw trójmorskich: Polski i pozostałych partnerów z Grupy Wyszehradzkiej, republik bałtyckich, Chorwacji czy Rumunii – by nie wystarczyła. O spodziewanej, pierwszorzędnej roli Trójmorza – w światowej geopolityce – rozstrzyga fakt, iż to na jego obszarze, przez najbliższe dekady, będzie przebiegał balans sił wielkich mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Chin, w mniejszym stopniu – Rosji, w znacznie mniejszym – Niemiec. Dzieje się tak, ponieważ konsekwentnie realizowany atlantycko-pacyficzny sojusz Niemiec i Rosji jest równoczesnym zagrożeniem, choć z odmiennych powodów, dla obu, największych mocarstw – rywali: USA i Chin. Olbrzymi sukces Rosji i Niemiec, w postaci tzw. formatu normandzkiego, sankcjonującego de facto rosyjską okupację Krymu i Donbasu i niemiecką kolonizację Ukrainy przeddnieprzańskiej, wraz z budową Nord Stream II zmusza Stany Zjednoczone i Chiny do gabarytowo-symetrycznej odpowiedzi. Może nią tylko być neutralizacja i blokada geopolitycznego styku niemiecko-rosyjskiego w Europie i na obszarze, gdzie on występuje – instalacja sojuszu państw – stykiem bezpośrednich interesów Moskwy i Berlina – zagrożonych. Taka jest zasadnicza, geopolityczna geneza formowania Trójmorza, wspieranego szeregiem koniecznych, strategicznych decyzji Stanów Zjednoczonych i Chin. Na przykład: sukcesywnego rozmieszczenia na obszarze Trójmorza, w tym przede wszystkim Polski, kolejnych znaczących sił armii USA, czy umieszczenia, na obszarze Polski i innych państw Trójmorza, kluczowych rozgałęzień – na całą Europę – Jedwabnego Szlaku.
Na kanwie rozważań, dotyczących różnych, istotnych aspektów Trójmorza, wypada postawić pytanie: jakie, kluczowe wnioski – z owych dysertacji – wynikają? Jeden z tych wniosków wybija się ponad inne; ma postać sentencji i brzmi: geopolityczna mapa Europy trzeszczy w szwach i trzeba ją pisać na nowo. Nie da się już inaczej postrzegać Europy jak tylko funkcjonującą geopolitycznie w trzech różnych paradygmatach.
Paradygmat pierwszy: Europy Zachodniej, zislamizowanej, zdominowanej przez Niemcy, odwracającej się od swych ideowych korzeni i dezawuującej chrześcijańskie wartości; pozostającej w dyspozycji lewackich, biurokratycznych elit spod znaku pokolenia 68; współpracującej z Europą Wschodnią – zdominowaną prze z Rosję – w dziele budowy wspólnego wału atlantycko-pacyficznego. Ze względu na nieodwracalność procesu islamizacji można już dzisiaj nazywać Europę Zachodnią – Europą Kalifacką, gdyż taką postać religijno-administracyjno-polityczną nieuchronnie przybierze.
Paradygmat drugi: Europy Środkowej – państw zagrożonych w swej suwerenności i niepodległości kleszczami euroazjatyckiej współpracy: Niemiec – dominujących w Europie Zachodniej i Rosji – panującej w Europie Wschodniej; jednocześnie państw, formujących przymierze Trójmorza, łączące suwerenność państwową swych sygnatariuszy z wartością dodaną ich geopolitycznego sojuszu; państw przeciwnych islamizacji, sprokurowanej polityką imigracyjną Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej; państw jeszcze nie sparaliżowanych dominacją lewackich, rodowodowych elit pokolenia 68. To państwa Trójmorza mogą i powinny już dzisiaj występować w świadomej programowej roli głównego depozytariusza śródziemnomorskich i chrześcijańskich wartości europejskiej kultury. Z tego też względu, już dzisiaj, Europa Środkowa – Trójmorze – zasługuje w pełni na określenie: Europy Właściwej.
Paradygmat trzeci: Europy Wschodniej, składającej się z europejskiej części Rosji i podporządkowanych jej europejskich składników byłego Związku Sowieckiego; Europy Wschodniej, stanowiącej nieusuwalny zwornik rosyjsko-niemieckiego, euroazjatyckiego bloku i ze względu na tę właściwość możemy określić Europę Wschodnią bardziej adekwatnym geopolitycznie mianem: Europy Przed-Uralskiej.
Mamy więc do dyspozycji dwie wersje nazewnicze, powstającego już dzisiaj, na naszych oczach, nowego, geopolitycznego podziału Europy. Wersja pierwsza, opisowa, leksykalnie neutralna, brzmi: Europa Zachodnia; Europa Środkowa-Trójmorze; Europa Wschodnia. Kalką pierwszej jest wersja druga – leksykalnie nasemantyzowana: Europa Kalifacka; Europa Właściwa; Europa Przed-Uralska. Obserwacja uczestnicząca procesu dziejowego podpowiada, iż nazewnicza wersja pierwsza będzie abdykować – i to szybko – na rzecz wersji drugiej.
Ten sytuacyjno-nazewniczo-geopolityczny przełom w Europie jest możliwy dzięki arcyważnej właściwości, swoistemu signum temporis. Już bowiem nie tylko deterministyczno-fatalistycznie pojmowane geograficzne i fizyczne sąsiedztwo przesądza o skali manewru. Dlatego konstytuowanie się Trójmorza jest pochodną jego awansu do roli kluczowego miejsca na globalnej mapie, gdzie właśnie na obszarze trójmorskiej Europy Środkowej będzie zachodził, bo już się zaczął, proces balansu sił wielkich mocarstw morskich i lądowych: USA, Chin i Rosji.
Dla wszystkich państw Europy Właściwej, czyli dla wszystkich, równoprawnych sygnatariuszy Trójmorza nadchodzi trwała koniunktura na praktykowanie własnych suwerenności, a dla Polski – również szansa na odgrywanie w tym zacnym, partnerskim gronie, znaczącej roli.

Tekst ukazał się w lipcowym wydaniu ogólnopolskiego miesięcznika „Kurier WNET”

SZYMON GIŻYŃSKI

DROGA KRZYŻOWA Stacja VII – X (dla Apostoł)

Stacja VII

Jezus upada po raz drugi

Spośród czternastu stacji nabożeństwa Drogi Krzyżowej aż trzy – III, VII, IX – opłakują upadek Pana Jezusa. W objawieniach bł. Anny Katarzyny Emmerich upadków Pana Jezusa jest jeszcze więcej – siedem, tyle samo, co Sakramentów Świętych, stanowiących depozyt łaski uświęcającej – niezbędnej dla człowieczego zbawienia.
Zauważmy, że żaden z upadków nie kończy – pod ciosami bestialskich, poirytowanych oprawców – ziemskiego żywota Chrystusa. Bo upadek Pana Jezusa dopełnia się dopiero w akcie podniesienia się z niego. Dlatego intencją Kościoła jest, by wyeksponowana w nabożeństwie Drogi Krzyżowej cześć i miłość dla upadającego pod Krzyżem Chrystusa przypominała o naszych upadkach i jednocześnie o bezmiarze Chrystusowego Miłosierdzia: podnoszącego nas z grzechu, przebaczającego i otwierającego przed nami niebo.
Nasze upadki wywodzą się ze skażonej grzechem pierworodnym człowieczej natury; upadki pod Krzyżem Pana Jezusa są największym aktem Jego Miłosierdzia i jednocześnie aktem Jego zbawczej woli. To na Drodze Krzyżowej Chrystus Pan Odkupiciel wypatruje każdego z nas na naszej drodze życia; przebaczając i ratując z upadków, wiodąc ku zbawieniu.
Dlatego nasz ziemski los, z eschatologicznej perspektywy, można zrozumieć wyłącznie w odniesieniu do Drogi Krzyżowej naszego Pana Jezusa Chrystusa. Owa eschatologiczna perspektywa promienieje dalej, odzwierciedlona w metafizycznej zasadzie – fundującej całość kulturowego dorobku ludzkości – obecnej wszędzie tam, gdzie prawda, dobro i piękno tworzą nierozerwalną jednię i stanowią źródło natchnienia i zachwytu, jak dla geniusza poezji XX wieku, Rainera Marii Rilkego:

Liście padają, padają jak z dali,
Jakby w niebiosach dalekie ogrody
Więdły, ruchami lecą przeczącemi.

Z gwiazd wszystkich pada ciężka bryła ziemi
W samotność, kiedy noc gwiazdy zapali.

Wszyscy padamy. Nic nas nie zatrzyma.
Spójrz wkoło: wszystko pada nieprzerwanie.

Ale jest Jeden, który to padanie
Z wielką tkliwością w swoich dłoniach trzyma

STACJA VIII

Jezus pociesza płaczące niewiasty

VIII Stacja Drogi Krzyżowej skupia nasze refleksje wokół miłosierdzia, zarówno w wymiarze ziemskim, odnoszącym się do uczucia litości, jak i w wymiarze eschatologicznym, czyli miłosierdziu zbawczym, okazywanym grzesznikom przez Jezusa Chrystusa.
Ludzki wymiar odruchu i uczucia litości tak ujmuje w obrazie płaczących niewiast – w swych objawieniach – bł. Anna Katarzyna Emmerich: „/…/ stała liczna gromadka niewiast płaczących i lamentujących z boleści nad Jezusem. Były tam dziewice i ubogie niewiasty z Jerozolimy z dziećmi na rękach, które aż tu wyprzedziły pochód. Miedzy nimi znajdował się także niewiasty z Betlejem, Hebronu, i innych okolicznych miejscowości, które przyjechawszy na święta, przyłączyły się do niewiast jerozolimskich. /…/ Niewiasty, widząc Jezusa tak strasznie wynędzniałego i osłabionego, zaczęły zawodzić i lamentować, i miejscowym zwyczajem okazując Mu litość, podawały Mu swe chusty, by otarł sobie pot”.
Wobec litujących się nad Nim – niewiast – Pan Jezus stał jednakowoż tak jak zawsze, podczas każdej chwilki Swej ziemskiej wędrówki batiarzy jako Bóg Wszechmocny i mocą Swego atrybutu Boga Sprawiedliwego „/…/ zwrócił się do nich z powagą i rzekł: „Córki jerozolimskie” – co mogło także znaczyć: „wy, mieszkańcy miast, córek Jerozolimy” – „nie płaczcie nade Mną, lecz nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto nadejdzie czas, kiedy mówić będziecie: błogosławione niepłodne i żywoty, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły! Wtenczas wołać będziecie: góry spadnijcie na nas, pagórki, przykryjcie nas! Jeśli bowiem tak się postępuje z zielonym drzewem, to cóż dopiero uczyni się z suchym?”. /Objawienia bł. Anny Katarzyny Emmerich/.
Ale mocą nieskończoności swych boskich atrybutów przemówił na koniec Pan Jezus do niewiast płaczących – odpowiadając litości na litość – jako Bóg nieskończenie litościwy i miłosierny: „Płacz wasz nie będzie bez nagrody, odtąd chodzić będziecie inna ścieżką żywota” /bł. Anna Katarzyna Emmerich, op. cit./.
Bezmiar zaś swego miłosierdzia, w najważniejszym wymiarze: eschatologicznym – zwarł Pan Jezus w Swych słowach, wypowiadanych w chwili, gdy umierał na krzyżu; „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą ci czynią!”

STACJA IX

Trzeci upadek Pana Jezusa pod Krzyżem

W wersji kanonicznej Stacja IX Drogi Krzyżowej stanowi o trzecim, „ostatnim” upadku Pana Jezusa przed Jego ukrzyżowaniem. Wobec czternastu stacji, motyw przypisany do trzech – trzeba uznać za dominujący. A pamiętajmy, że bł. Anna Katarzyna Emmerich w swych objawieniach mówi o siedmiu upadkach Pana Jezusa, sytuując upadek siódmy w okolicznościach odpowiadających oficjalnej, katolickiej liturgii Stacji IX.
To nie przypadek, to znak i wielka, kluczowa nauka. Syndrom upadku naznaczył Drogę Krzyżową naszego Pana, tak jak naznacza naszą drogę – ziemskiego żywota. Ta symetria, w wymiarze religijnym, ma charakter immanentny – zbawienia i odkupienia całego rodzaju ludzkiego. W wymiarze zaś „zwykłego”, ludzkiego bytowania przybiera kształt symbolu i paraleli. Człowiek bowiem upada nie trzy i nie siedem razy, lecz setki i tysiące razy.
Chrystus pod Krzyżem upadał za grzechy człowiecze; człowiek upada przez grzechy własne. Mocą średniowiecznej, scholastycznej zasady św. Bonawentury – przeciwieństwa się schodzą. Tu, na drodze Świętej Męki naszego Pana, przeciwieństwa zeszły się nierozerwalnie i na wieki wieków, przeistaczając się w moc zbawienia i odkupienia.
Obok owego addytywnego, sumującego się aspektu współistnienia przeciwieństw, ważny jest również ich bezpośredni aspekt wynikowy – sprawczy. Z upadku bowiem można się nie podnieść, można się zniechęcić, poddać, wycofać, oddać pole, wyrzec wyznawanych wartości. I można, tak jak to uczynił Pan Jezus – nie ulec, podnieść się z każdego upadku i na koniec obwieścić swe zwycięstwo światu: „Dokonało się”.
Owo, cytowane już, zestawienie ilości upadków Pana Jezusa pod Krzyżem: siedmiu – w apokryficznej wersji objawień bł. Katarzyny Emmerich i trzech – w kanonicznej wersji katolickiej liturgii jest bardzo ważne i pouczające. Najistotniejsze jest to, że żaden z opisywanych trzech lub siedmiu upadków Pana Jezusa pod Krzyżem nie był upadkiem ostatnim, ale tylko którymś, za każdym razem i w jednakowym stopniu – prowadzącym do zwycięstwa Dobra nad Złem.

STACJA X

Jezus z szat obnażony

W czasach rzymskich śmierć zadana skazańcowi przez ukrzyżowanie była karą – już w samym zamiarze – upadlającą i okrutną.

Stacja X Męki Pańskiej oba motywy: poniżenia i okrucieństwa, oddaje z werystyczną wręcz, tym samym szczególnie przejmującą, dobitnością. Jakie zatem konsekwencje i świadectwa – tegoż – odnajdujemy w teologii i sztuce? Innymi słowy, jak teologowie, mistycy, artyści tłumaczą lub wyrażają, po ludzku niewytłumaczalny, fakt tak drastycznego, bezprzykładnego, bo dotyczącego samego Boga – Jezusa Chrystusa, upokorzenia; dojmująco i integralnie połączonego z przełamaniem najbardziej intymnych barier, w postaci wstydu, bezsilności i bezradności – Najświętszej Ofiary?
Można wskazać w tradycji teologiczno-mistycznej na dwa świadectwa: zaskakująco jednoznaczne, stanowiące zarazem definitywne odpowiedzi na owe pytania, postawione przecież w poczuciu niezrozumienia, rozpaczy i braku nadziei na jakąkolwiek odpowiedź.
Pierwszą odpowiedź – świadectwo formułuje w swych objawieniach bł. Anna Katarzyna Emmerich. I jest to świadectwo bezdyskusyjne, jednoznacznie pozytywne, bo dotyczące cudu – jedynego cudu ingerencji samego Boga w przebieg męki Jego ukochanego Syna. Tak o rzeczonym cudzie świadczy bł. Anna Katarzyna Emmerich: „Wreszcie zdarli siepacze ostatek okrycia, opaskę z lędźwi. Jezus nasz najsłodszy, niewypowiedzianie udręczony Zbawiciel, skulił się i pochylił, by jako tako ukryć swą nagość. Z osłabienia chwiał się na nogach i byłby lada chwila upadł, lecz siepacze posadzili Go na przywleczonym kamieniu i włożyli Mu na nowo koronę cierniową na głowę. Następnie podali Mu do picia drugie naczynie z octem i żółcią, ale Jezus w milczeniu odwrócił tylko głowę, nie przyjmując napoju. Gdy potem oprawcy chwycili Jezusa za ręce, by powlec Go na krzyż, dał się słyszeć głośny, gniewny pomruk i jęk żałosny wśród przyjaciół Jezusa. Nurtująca w nich boleść wybuchła z całą siłą. Matka Najświętsza skupiła się cała w gorącej modlitwie; miała właśnie zamiar zdjąć swą zasłonę i podać ją Jezusowi jako okrycie, gdy wtem Bóg jakby cudem wysłuchał Jej modły. Między siepaczy wpadł jakiś człowiek zadyszany, który przybiegł aż od bramy, przeciskając się gwałtownie przez tłum, tu podał Jezusowi chustę, a Ten ją przyjął z podzięką i owinął się nią. Ten dobroczyńca Zbawiciela, zesłany przez Boga na gorące modły Najświętszej Panny, miał w swej postaci i gwałtownym zachowaniu się coś nakazującego. Nie rozmawiał z nikim i odszedł tak prędko, jak przyszedł, tylko na odchodnym pogroził siepaczom pięścią i rzekł rozkazująco: »Ażebyście przypadkiem nie odbierali okrycia temu biedakowi!«. Człowiekiem tym był Jonadab, pochodzący z okolicy Betlejem, syn brata świętego Józefa (…)”.
Cud zawsze dotyka sedna, bo nie potrzebując żadnego racjonalnego uzasadnienia, działa niezależnie od czasu i przestrzeni. Dlatego nie może dziwić, iż objawienia żyjącej na przełomie XVIII i XIX wieku niemieckiej błogosławionej pozostają w pełnej duchowej korespondencji z wyobrażeniami tradycyjnej ikonografii, w których nagość Pana Jezusa zawsze zasłaniają płótnem święte niewiasty (por. Mistrz Męki Pańskiej z Karlsruhe Obnażenie Chrystusa z szat).
Odpowiedź i świadectwo, wywodzące się z naszego, polskiego kręgu, św. Faustyny jest także bezdyskusyjne, jednoznaczne i definitywne; również potwierdzone cudem – mistycznego przeżycia. W Dzienniczku św. Faustyna tak opisuje swe spotkanie z Jezusem: „Stanął nagle Jezus przede mną obnażony z szat, okryty ranami na całym ciele, oczy tonęły we krwi i łzach, twarz cała zeszpecona, okryta plwocinami. Wtem mi powiedział Pan: »Oblubienica musi być podobna do swego Oblubieńca«. Zrozumiałam te słowa do głębi. Tu nie ma miejsca na jakieś wątpliwości. Podobieństwo moje do Jezusa musi być przez cierpienie i pokorę” (Dz. 268).
W objawieniach bł. Anny Katarzyny Emmerich Pan Jezus ukazał prawdę o bezmiarze swych cierpień na drodze krzyżowej, stanowiących istotową podstawę mistycznej więzi Oblubienicy z Oblubieńcem, czyli wybranej duszy ludzkiej z Chrystusem; dokładnie tak, jak to objawia św. Faustyna, ukazując całemu światu i wszystkim jego pokoleniom bezmiar Bożego Miłosierdzia.

Szymon Giżyński, poseł IV, V, VI, VII, VIII kadencji Sejmu RP, z ramienia Prawa i Sprawiedliwości; współzałożyciel – w 1990 roku w Warszawie – Porozumienia Centrum; w latach 1997–1998 wojewoda częstochowski; od lipca 2018 roku wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Podpis pod zdjęciem: DO STACJI VII
stacja VII – Jacopo Bassamo, Niesienie krzyża, 1545

Stacja VII – przedruk z kwartalnika „Apostoł
Miłosierdzia”, nr 3/2018
Stacja VIII – pierwodruk, „Gazeta Często−
chowska”, nr 15/16/17/2019
Stacja IX – przedruk z kwartalnika „Apostoł
Miłosierdzia”, nr 1/2019
Stacja X – przedruk z kwartalnika „Apostoł
Miłosierdzia”, nr 2/2019

SZYMON GIŻYŃSKI

DROGA KRZYŻOWA Stacja I – VI (dla Apostoł)

I Stacja Drogi Krzyżowej

Pan Jezus na śmierć skazany

Wielkość ofiary i miłość Chrystusa, okazana – całemu rodzajowi ludzkiemu – w misterium Męki Pańskiej, obdarowuje – nas chrześcijan – szczególną łaską: szansą okazania przez nas – grzeszników, których tak ukochał – miłości, wdzięczności i uwielbienia, naszemu Panu i Zbawicielowi; jak również poddaje nas próbie, na całe nasze doczesne życie, zderzenia naszej świadomości z nieprzeniknioną i wieloraką tajemnicą męczeńskiej Ofiary Pana Jezusa.

Czy jesteśmy w stanie zrozumieć z Pasji cokolwiek ponad nieprzebraną miłość Boga – Człowieka do Jego sióstr i braci? Kościół Święty, przecież na wieki wieków – Chrystusowy, przychodzi nam tutaj z pomocą – mocą swych charyzmatów i magisterium.

Wielki polski teolog, dominikanin O. Józef Innocenty Maria Bocheński w swym wielkopostnym, rekolekcyjnym kazaniu rzymskim, 1 marca 1936 roku wskazał na obecny w tradycji Kościoła, pewien sugestywny i porywający problemat: „Jak zrozumieć, że On, sam Bóg, który stał się człowiekiem, mógł być środkiem dla czegokolwiek innego. Jak przyjąć , że Bóg podporządkował to, co stworzył najwyższego, rzeczom tak podrzędnego stopnia, jakim jesteśmy my, i to w dodatku grzesznicy. Jak uzależniać największe zdarzenie w historii właśnie od grzechu Adama? I dlatego powstał w Kościele pogląd, za którym stoi kilku wielkich świętych ze św. Franciszkiem Salezym na czele, według którego to było niemożliwe. Chrystus jest celem wszystkiego: zanim Bóg pomyślał o stworzeniu świata, powziął postanowienie Wcielenia. Dlatego właśnie, aby było ono możliwe, chciał stworzyć najpierw Najświętszą Maryję Pannę. Dla niej i dla Jezusa stworzył następnie świat; wszystko, co w nim jest: od praw rządzących ruchami gwiazd, aż do najdrobniejszego drgnięcia atomu, nie ma to innego sensu i celu oprócz Jezusa. On jest Królem, celem i ośrodkiem. Cały czas, aż do Jego przyjścia, jest tylko przygotowaniem. To tylko jedno wielkie echo Jego pobytu na ziemi. Chrystus to Pan i cel, cała reszta jest tylko środkiem w stosunku dla Niego /…/ Kościół się w tej sprawie nie wypowiedział i – dopowiada O. Bocheński – każdemu wolno iść za tym poglądem. Jednakże w sprawach wiary nie trzeba sądzić, że to, co piękne, musi być prawdziwe. Często pozorne piękno niszczy inne, daleko wyższe i jeszcze głębsze. I tak też jest w naszej sprawie. /…/ – dlatego O. Bocheński stanowczo konkluduje – Aby być pewnym, że Bóg istotnie czegoś chciał, i że taką właśnie była Jego myśl, musimy mieć jakieś oparcie na tym, co On sam raczył nam o Sobie powiedzieć. Innymi słowy, aby twierdzić, że Chrystus po to właśnie, a nie w innym celu przyszedł na świat, musimy wyczytać to w Piśmie Świętym, albo w podaniu Ojców Kościoła. Otóż, gdziekolwiek jest mowa o przyjściu Zbawiciela w Piśmie Świętym, zawsze i nieodmiennie znajdziemy jako jedyne uzasadnienie: aby zbawić nas, ludzi”.

Inny, współczesny nam dominikanin, O. Wojciech Giertych w swym dziele „Fides et actio” pisze, iż „Jezus mógłby nas zbawić dodając swoją najwyższą boską miłość do uśmiechu, gdy leżał w żłóbku w Betlejem” i tuż obok przytacza myśl Kardynała Alberta Vauhoye, wykazującą, że „ofiara Chrystusa nie polegała jedynie na Jego śmierci, ale na jej przemienieniu w źródło nowego życia”. Bowiem „Misja Ducha Świętego w męce Chrystusa polegała na napełnieniu Jego ludzkiego serca całą mocą boskiej miłości w taki sposób, że w Jego śmierci, sprowadzonej na Niego wbrew wszelkiej sprawiedliwości dokonało się ostateczne przymierze Boga z ludzkością”. Zdaniem O. Giertycha zbawcza śmierć Chrystusa na Krzyżu przeobraziła także, mocą Jego Miłosierdzia, najgłębszy sens ziemskiej wędrówki człowieka: „Od momentu Misterium Paschalnego ludzka śmierć przestała być tylko straszliwym momentem ostatecznego rozdzielenia ciała od duszy, a osoby od innych ludzi, od rodziny i bliskich. Śmierć chrześcijańska jest zyskiem, najwyższym zjednoczeniem z Bogiem (zob. Flp 1, 21), które trzeba przeżywać w miłości, a nie bojaźni (zob. Hbr 2, 15), na bazie tej najwyższej miłości, jaka nam została darmo ofiarowana”.

Pierwsza Stacja Drogi Krzyżowej: „Skazanie Pana Jezusa na śmierć” jest dramaturgicznie spięta ze Stacją XII „Śmierć Pana Jezusa na krzyżu”. Skazanie Pana Jezusa na śmierć dla faktu Jego Męki i Śmierci na krzyżu ma znaczenie kluczowe i sprawcze. Pan Jezus, w trakcie skazywania Go na śmierć i gdy już konał na Krzyżu, wypowiedział najważniejsze i najświętsze słowa w historii ludzkości. Obu stacjom – I i XII – poświęcona jest – w całej światowej kulturze – bardzo bogata bibliografia i ikonografia. Z jej dorobku będziemy korzystać również przy pracy nad rozważaniami, dotyczącymi następnych stacji Drogi Krzyżowej, zamieszczanymi chronologicznie, w kolejnych numerach „Apostoła Miłosierdzia”.

STACJA II

Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona

Najbardziej bodaj znanym, współczesnym dziełem artystycznym, poświęconym męce i śmierci Pana Jezusa jest „Pasja” Mela Gibsona. Film wybitnego amerykańskiego aktora i reżysera zawdzięcza bardzo wiele, nie tylko w warstwie scenariuszowej i narracyjnej, ale, przede wszystkim, duchowej – objawieniom niemieckiej wizjonerki Anny Katarzyny Emmerich – beatyfikowanej przez Świętego Jana Pawła II, 3 października 2004 roku. Święty Jan Paweł II beatyfikował i kanonizował również inną wielką mistyczkę, córę polskiego ludu, siostrę Faustynę Kowalską. Nie tylko pochodzenie z wielodzietnych rodzin rolniczych i osoba Świętego Papieża Polaka łączy błogosławioną Annę Katarzynę Emmerich i świętą Faustynę. Dla obu rozważanie i przeżywanie Męki Pana Jezusa na krzyżu stanowiło istotę duchowych doznań, prowadziło w urzekającej prostocie i czułości ku mistycznemu uwielbieniu Chrystusa. U błogosławionej Anny Katarzyny Emmerich – za łaskę Zbawienia i Odkupienia; u żyjącej z górą sto lat później Świętej Faustyny Kowalskiej – za Dar Miłosierdzia Bożego, „dla nas i całego świata”. Sytuację, gdy Jezus przyjmuje krzyż na swe ramiona /bł. Anna Katarzyna przeżywa jako w natchnieniu/, wprost tajemnicę Odkupienia: „Ujrzawszy przed sobą na ziemi krzyż, upadł Jezus na kolana, objął go rękoma i ucałował trzykroć, po czym odmówił po cichu wzruszającą modlitwę do Ojca Niebieskiego, w której dziękował Mu, że już zaczyna się odkupienie ludzi”. Nie ma bł. Anna Katarzyna Emmerich żadnych wątpliwości, że zbawienie świata zapisane było w odwiecznych Bożych planach: „Widziałam za to, że pomagali Jezusowi aniołowie, dla innych niewidzialni, bo sam o własnych siłach nie dałby sobie rady. Tak klęczał Jezus, pochylony pod ciężarem i modlił się /…/”, a gdy „Siepacze poderwali Jezusa z ziemi; teraz całym już ciężarem cisnął Go krzyż, który i my obowiązani jesteśmy nosić za Nim, według słów Jego świętych wiecznie prawdziwych. Tak rozpoczął się ten haniebny na ziemi, a w Niebie tryumfalny pochód Króla królów”.

Mel Gibson, sceny przyjmowania przez Jezusa krzyża na swe ramiona, opowiedział językiem filmu; obrazami barbarzyńskiego okrucieństwa; technikami werystycznymi i naturalistycznymi. Wizje błogosławionej Anny Katarzyny Emmerich również podkreślają ludzki wymiar męki Pana Jezusa, lecz pełne najtkliwszej litości i czułości, brzmią jak pienia mistycznej duszy, bezgranicznie oddanej i kochającej Chrystusa: „Szedł Pan nasz i Zbawiciel, pochylony i chwiejący się pod ciężarem krzyża, zmordowany, poraniony biczami, potłuczony. OD wczorajszej Ostatniej Wieczerzy nie jadł nic, nie pił ani nie spał, przez cały czas katowano Go bezlitośnie, siły Jego wyczerpały się utratą krwi, ranami, gorączką, pragnieniem, nieskończonym udręczeniem ducha i ciągłą trwogą; więc też zaledwie mógł się utrzymać na drżących, chwiejnych, poranionych nogach. Prawą ręką starał się z trudem przytrzymywać fałdzistą suknię, hamującą Jego niepewny krok. Dwaj siepacze ciągnęli Go naprzód na długich powrozach, dwaj drudzy popędzali Go z tyłu; sznury u pasa przeszkadzały mu przytrzymywać długą suknię, więc nie miał pewnego kroku. Ręce nabrzmiałe miał i poranione od gwałtownego krępowania. Oblicze pokryte było sińcami i ranami, broda i włosy rozczochrane, pozlepiane zaschłą krwią. Ciężar krzyża i krępujące więzy wciskały Mu ciężką, wełnianą suknię w poranione ciało, a wełna przylepiała się do Jego rozkrwawionych na nowo ran. Wśród szyderstwa i złości wrogów szedł Jezus cichy, wynędzniały nad wyraz, udręczony, a kochający; usta Jego szeptały słowa modlitwy, we wzroku czytało się nieme błaganie, cierpienie bezmierne, a zarazem przebaczenie”.

Jak wskazuje Pismo Święte: tajemnica „przyjęcia krzyża na swe ramiona” i Męki Pańskiej wypływa z niepojętej, Chrystusowej miłości i poświęcenia: „Oto idę, abym czynił wolę Twoją Boże mój… Jako Baranek cichy… Opuściłem dom mój, ostawiłem dziedzictwo moje, dałem miła duszę swoją w ręce nieprzyjaciół jej” (PS 39, 8, 9). Jednocześnie te same – miłość i posłuszeństwo – poprzez zbawczą mękę Chrystusa, wiążą nas z Nim na zawsze, „brzemieniem lekkim” i „jarzmem słodkim” – „Jeśli kto chce za Mną iść, niech sam siebie zaprze i weźmie krzyż swój i naśladuje Mię – a kto nie bierze krzyża swego, a nie naśladuje Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 16, 24; 10, 38).

III stacja drogi krzyżowej

UPADEK

Doniosłość objawień pasyjnych bł. Anny Katarzyny Emmerich powoduje, iż następny ich fragment otworzy nasze rozważania, dotyczące III stacji drogi krzyżowej – „Pierwszy upadek Pana Jezusa pod krzyżem”. „(…), osłabł Jezus bardzo i nie miał już siły iść dalej; a że siepacze szarpali Nim niemiłosiernie potknął się o wystający kamień i jak długi upadł na ziemię, a krzyż przygniótł Go swym ciężarem. Siepacze zaczęli kląć, kopać Go i popychać, powstała wrzawa i cały pochód się wstrzymał. Na próżno wyciągnął Jezus rękę, by ktoś Mu pomógł powstać. Ach! Wnet przeminie wszystko! – rzekł i zaczął się znów modlić. (…). Wnet przyskoczyli faryzeusze krzycząc: Dalej! Nagońcie Go do powstania! Inaczej umrze nam tu po drodze. Nadprzyrodzoną mocą wzniósł Jezus swą biedną głowę do góry, a ci okrutnicy szatańscy skorzystali z tego i zamiast ulżyć, wsadzili Mu na głowę cierniową koronę, po czym dopiero poderwali Go gwałtownie z ziemi i włożyli Mu krzyż z powrotem na barki. (…) Tak wśród powiększonej męczarni szedł Jezus chwiejnie ulicą, (…) wznoszącą się lekko do góry”.
Upadek Jezusa pod krzyżem, w kongenialnej bliskości z wizjami bł. Katarzyny Emmerich, ukazuje obraz Wenecjanina Jacopo Bassano Niesienie krzyża, z około 1545 roku, dzisiaj w National Galery w Londynie. W chwili upadku, Jezus pociąga za sobą wszystkich: i bliskich, serdecznie Mu współczujących i oprawców. Tylko Matka Boska – jakby poza prawami fizyki – pozostaje wyprostowana; tak by nic nie zakłócało Jej bólu, Ona – Jedyna, Niepokalana i Wniebowzięta. Jezusa przedstawił Bassano w ekstazie łagodności i w opozycji do sytuacyjnego okrucieństwa, jako Agnus Dei – baranka ofiarnego i miłosiernego. Bo przecież upadek Jezusa – naszego Odkupiciela – jest powodowany i poprzedzony upadkiem każdego z nas – grzeszników.
Z kolei, przedstawiciel szkoły bolońskiej, w renesansowym malarstwie włoskim, Domenico Zampieri, zwany Domenichino, w dziele Niesienie krzyża, całą uwagę i maestrię zdaje się skupiać na spojrzeniu Chrystusa – wskutek upadku przygniecionego ciężarem krzyża i impetem oprawców – skierowanym, z mocą i siłą, bezpośrednio ku nam – widzom; znowu: jakby wbrew fizycznym realiom okrutnej męki. To dla nas: przestroga, nauka i szansa, byśmy nigdy z naszym cierpiącym Zbawicielem nie tracili więzi. Byśmy Go w Jego i naszym cierpieniu, zawsze kochali i słuchali.
Bo, jak mówił święty Brat Albert Chmielowski: „Zjednoczenie z Bogiem jest ważniejsze od wszelkich innych obowiązków, w nim jest najpewniejszy środek doprowadzenia wszystkiego ku dobremu. Modlić się, wierzyć nie wątpiąc. Święty Piotr począł tonąć, kiedy począł wątpić”.

IV stacja drogi krzyżowej

PAN JEZUS SPOTYKA MATKĘ SWOJĄ
BOLEŚĆ I ODKUPIENIE

Tragizm i dramat spotkania na drodze krzyżowej Matki z Synem odnosi się i przebiega na dwóch płaszczyznach. Pierwsza, tragiczna ma wymiar psychologiczny i swe upostaciowanie przyjęła bodaj najdoskonalej w objawieniach bł. Anny Katarzyny Emmerich. Niemiecka mistyczka tak wspomina swoje jednoczesne spotkanie z Chrystusem i Jego Bożą Matką w drodze na Golgotę: „Aż zlękłam się widoku Najświętszej Panny, tak była blada; oczy miała zaczerwienione od płaczu, a drżała na całym ciele. (…) wzdrygnęła się Maryja i (…) rzekła do Jana: Czy mam patrzeć na to? Czy znajdę siłę, by znieść ten bolesny widok? (…) zadrżała (…) i załamała ręce, jęk bolesny wydarł się z Jej piersi”. Samo natomiast spotkanie Najświętszej Panny z Jej Boskim Synem ujrzała bł. Katarzyna Emmerich we wzruszającej i wstrząsającej swą lapidarnością scenie: „Widziała tylko swego ukochanego, wynędzniałego, skatowanego Syna; (…) przedarła się między siepaczy i upadła na kolana przy Jezusie, obejmując Go ramionami. Usłyszałam dwa bolesne wykrzykniki, nie wiem czy wypowiedziane słowami, czy pomyślane w duchu: Mój Synu! – Matko Moja”.
Z innej perspektywy – syntetyzującej i najgłębiej eschatologicznej – ujęła spotkanie Matki z Synem, w swym Dzienniczku, polska święta, siostra Faustyna: „Ujrzałam Najświętszą Pannę (…), która zbliżyła się do mnie (…) i przytuliła mnie do siebie i rzekła mi te słowa: (…) Bądź odważna, nie lękaj się złudnych przeszkód, ale wpatruj się w mękę Syna Mojego, a tym sposobem zwyciężysz” (Dz.449).
Wizja św. Faustyny zastanawiająco ściśle przylega do słów innych, Wielkich polskiego Kościoła. Już św. Albert Chmielowski pisał: „Matkę Najświętszą obieram za opiekunkę w moich trudnościach. Chcę Ją czcić osobnym nabożeństwem przez cały ciąg życia i całą wieczność”. A Ksiądz Prymas Stefan Kardynał Wyszyński, w swych rozważaniach drogi krzyżowej, jednoznacznie stawia Najświętszą Marię Pannę na drodze Chrystusa i każdego człowieka – jako Współodkupicielkę świata: „Ona pragnie być na Twojej drodze. Właśnie przypomina się Tobie, byś nie szedł sam, bo Ojciec chciał, abyś od początku był z Nią związany, abyś szedł z Nią i działał z Nią, abyś korzystał z Jej pomocy we wspólnym dziele, w które włącza się człowiek z woli Boga”.
W swym natomiast rozumieniu spotkania Matki z Synem – papież Franciszek, któremu kościół niemiecki jest tak bliski, zdaje się podążać kontemplacyjnym śladem objawień bł. Katarzyny Emmerich. W modlitewniku „Droga krzyżowa z Ojcem Świętym Franciszkiem” czytamy: „Maryjo, Pocieszycielko strapionych, chcemy się od Ciebie uczyć miłosiernej, milczącej obecności przy tych, którzy cierpią”
Czy przyjęte na początku artykułu rozróżnienie między dystynktywnymi aspektami wizji bł. Katarzyny Emmerich i świętej Faustyny: spotkania na drodze krzyżowej Matki Bożej z Synem Bożym – psychologicznym i eschatologicznym; tym samym: tragicznym i dramatycznym; kontemplacyjnym i czynnym, oznacza ich rozbieżność, czy, w łagodniejszej wersji – rozdzielność? Nie, całkowicie nie! Są to wizje komplementarne; syntetyzujące przy tym całe człowiecze: religijne rozpoznanie i doświadczenie.
I znów, ze świadectwem i pomocą, przychodzi w tym miejscu polski Kościół, z kapitalną syntezą świętego Jana Pawła II, pochodzącą z encykliki o Bożym Miłosierdziu: „Nikt też jak Ona, Maryja – nie przyjął sercem owej tajemnicy, Boskiego zaiste wymiaru Odkupienia, która dokonała się na Kalwarii poprzez śmierć Jej Syna, wraz z ofiarą macierzyńskiego serca, wraz z jej ostatecznym fiat”.
A nieomylny w swym duszpasterskim geniuszu polski, „ludowy” katolicyzm ujmuje tajemnicę czwartej stacji drogi krzyżowej w modlitewnym westchnieniu:
„Przez Twoje, Jezu z Matką spotkanie,
Udziel mi w dobrym wytrwanie”.

V stacja drogi krzyżowej

Krzyż, cud, miłość

W utrwalonej aż po dziś dzień tradycji Kościoła tytuł V stacji drogi krzyżowej literalnie brzmi: „Szymon Cyrenejczyk pomaga Jezusowi w niesieniu krzyża” (Modlitewnik katolicki, Warszawa 2001) lub w wersjach bardzo zbliżonych: drogi krzyżowej opartej na Dzienniczku św. Faustyny – „Szymon Cyrenejczyk pomaga dźwigać krzyż Panu Jezusowi” i drogi krzyżowej bł. Anny Katarzyny Emmerich – „Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi”.
Z drugiej jednak strony, ocenie czynu Cyrenejczyka towarzyszy, od początków Kościoła aż do dziś, istotna, zwłaszcza na płaszczyźnie duszpasterskiej, pułapka ambiwalencji. Bo przecież już święci ewangeliści – Mateusz, Marek i Łukasz nie mieli wątpliwości: Szymon z Cyreny został do pomocy Panu Jezusowi zmuszony przez rzymskich żołnierzy. Święty Mateusz: „A wychodząc, naleźli człowieka Cyrenejczyka, imieniem Szymon; tego przymusili, aby niósł krzyż jego”. Święty Marek: „I przymusili niektórego mimo idącego, Szymona Cyrenejczyka, idącego ze wsi, ojca Aleksandra i Rufa, aby niósł krzyż jego”. Święty Łukasz: „A gdy go wiedli, pojmali Szymona, niektórego Cyrenejczyka, ze wsi idącego i włożyli nań krzyż, aby niósł za Jezusem”. (Cytaty pochodzą z Biblii w przekładzie ks. Jakuba Wujka z 1599 roku). Święty Jan w swej Ewangelii o postaci i czynie Cyrenejczyka nie zostawił żadnego śladu.
Czy lekcja ewangelistów zaważyła i zawęziła ocenę „pomocy” Cyrenejczyka spowodowanej bezwzględnym przymusem, a więc strachem? Nie, bowiem: „Według starożytnej tradycji Szymon z Cyreny symbolizuje przemianę kogoś, kto został przymuszony, na kogoś, kto z własnej woli przyjmuje cierpienie. Taka jest linia życia chrześcijan: z niewoli do wolności dziecka, od obowiązku do dobrowolnej zgody. Odkupienie nie jest jarzmem ani nakazem bądź automatycznym działaniem, lecz jest darem miłości, na którą odpowiadamy wolną zgodą” (Droga krzyżowa, Kraków 2013). A jeden z najbardziej znanych wczesnochrześcijańskich teologów, Orygenes, napisał w Komentarzu do Ewangelii św. Mateusza: „Należało bowiem, aby nie tylko Chrystus wziął swój krzyż, lecz trzeba było, abyśmy i my go nieśli, dopełniając zbawiennego dla nas przymusu”.
Dramat pojawienia się Szymona z Cyreny na krzyżowej drodze Jezusa z Nazaretu dość wcześnie zainteresował największych mistrzów europejskiego malarstwa, inspirowanych zarówno przekazem świętych ewangelistów, jak i tradycją chrześcijańskiej starożytności.
Stefano Zuffi, autor leksykonu Nowy Testament. Postacie i epizody, opisując obraz Hieronima Boscha Niesienie krzyża z 1490 roku, stwierdza: „Szymon z Cyreny podtrzymuje dolną część krzyża, ale jakby od niechcenia, zamiast ulżyć Jezusowi, wydaje się obciążać jeszcze bardziej Jego ramiona”. W kontekście zaś późniejszego ujęcia tegoż obrazu, z lat 1515-1516, Zuffi tylko dopowiada swoją wcześniejszą interpretację: „Także na tym obrazie Bosch ukazał Szymona z Cyreny, który raczej przeszkadza niż pomaga Jezusowi w niesieniu krzyża”. Nieco łagodniej brzmi ocena Zuffiego ujęcia postaci Cyrenejczyka w dziele Juana de Flandes Niesienie krzyża z około 1510 roku: „Szymon z Cyreny, który przypadkiem znalazł się w pobliżu, musiał pomóc Jezusowi dźwigać krzyż”.
Inne niż w dziełach Boscha i Juana de Flandes ujęcie postaci Szymona z Cyreny odnajdujemy u Albrechta Altodorfera w jego Upadku pod krzyżem. Autor albumu Nowy Testament w arcydziełach malarstwa Régis Debray widzi to tak: „Nic nie wskazuje na to, że pomoc Szymona Cyrenejczyka była dobrowolna, ale tradycja uczyniła z niego symbol usłużnego współczucia. Pośród wrogiego tłumu i obojętnych strażników zauważamy z łatwością tę jedyną przyjazną twarz”.
Konstatacja Régisa Debraya prowadzi nasze rozważania – nieomylnie – w kierunku objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich. Wizje niemieckiej mistyczki łączą bowiem obie możliwości postrzegania osoby i czynu Szymona z Cyreny: ten płynący od ewangelistów i ten wywodzący się ze starochrześcijańskiej tradycji – „(…) żołnierze przychwycili go natychmiast i przyprowadzili, by pomógł nieść krzyż Galilejczykowi. Szymon [z Cyreny – przyp. Sz.G.] bronił się i wymawiał wszelkimi sposobami, ale zmuszono go do tego przemocą. (…) Szymon przystępował do Jezusa z wielkim wstrętem i odrazą; bo też Jezus tak nędznie wyglądał, taki był sponiewierany, w sukniach pokrwawionych, powalanych błotem. Płacząc, spojrzał Pan na niego wzrokiem pełnym miłosierdzia, zabrał się więc Szymon do tego, by pomóc Chrystusowi. Siepacze posunęli w tył drugie ramię krzyża i spuścili je na pętlicę, podobnie jak pierwsze. Podniósłszy Jezusa, włożyli drzewce krzyża na Niego i na Szymona tak, że jedno ramię poprzeczne zwisało Jezusowi na piersi, a drugie Szymonowi na plecy. W ten sposób, idąc za Jezusem, miał Szymon do dźwigania połowę ciężaru i Jezusowi było o wiele lżej. Koronę cierniową włożono Jezusowi znowu inaczej, po czym rozpoczął się dalszy pochód. Już po niedługiej chwili uczuł Szymon w sobie dziwną zmianę, wzruszenie niezwykłe go ogarnęło, a pod jego wpływem już chętnie pomagał Jezusowi nieść krzyż. (…) Rufus i Aleksander, zostali później zaliczeni w poczet uczniów Jezusa. Trzeci był jeszcze mały; widziałam go później, jako chłopca, u Szczepana”.
Kulminację natomiast teologiczną naszych rozważań V stacji drogi krzyżowej niech stanowią myśli jej poświęcone autorstwa Prymasa Tysiąclecia, Kardynała Stefana Wyszyńskiego: „Bóg-Człowiek uczy człowieka (…) jak ma pełnić wolę Ojca i pomagać cierpiącemu bratu. Trzeba było do tego przymusić Szymona. Zniewolił go, aby pomógł Człowiekowi, obarczonemu krzyżem, spotkanemu na drodze…” oraz: „(…) jak w najszlachetniejszym nawet trudzie musimy oglądać się na pomoc i pokornie ją przyjmować. Przez to mnoży się i potęguje dobro”.

DROGA KRZYŻOWA. STACJA VI

Pobożna niewiasta ociera twarz Jezusowi

Przenajświętsze Oblicze

Pobożna niewiasta, ocierająca podczas Męki twarz Panu Jezusowi, to – znana z apokryficznej Ewangelii Nikodema i trwale obecna w tradycji chrześcijańskiej już od Średniowiecza – Święta Weronika; w Objawieniach bł. Anny Katarzyny Emmerich opisana jako „Serafia, żona Syracha, jednego z członków Wielkiej Rady, której dzisiejszy uczynek miłosierny miał zjednać imię Weroniki od słów vera icon – „prawdziwszy wizerunek”. I która, „Docisnąwszy się do Jezusa, upadła przed Nim na kolana, podniosła chustę rozpostartą do połowy i rzekła błagalnie: „Pozwól mi otrzeć oblicze Pana mego!”. Zamiast odpowiedzi ujął Jezus chustę lewą ręką, przycisnął ją dłońmi do krwawego oblicza, przesunął nią po twarzy ku prawej ręce i zwinąwszy chustę obiema rękami oddał ją z podzięką Serafii. Ta ucałowała ją, wsunęła pod płaszcz i wstała z ziemi ‘’.
Obraz VI Stacji: stanięcia świętej Weroniki na wprost Chrystusa w Jego Drodze Krzyżowej jest jednym z założycielskich aktów i symboli naszej, chrześcijańskiej wiary. Bo, jak dopowiada bł. Katarzyna Emmerich: „Po śmierci Serafii przeszła chusta ta za pośrednictwem świętych niewiast w ręce Matki Bożej, a potem przez Apostołów dostała się do skarbca najcenniejszych pamiątek Kościoła”. Dodajmy: od wieków przechowywana jest w Bazylice Świetego Piotra w Rzymie, jako najświętsza relikwia.
Cytaty z Objawienia bł. Katarzyny Emmerich umieściły nasze rozważania VI Stacji Drogi Krzyżowej w obszarze, do głębi wzruszającej i pełnej empatii, opowieści. Jednakże: poruszających moralno – teologiczną głębią – sensów, zapisanych w Objawieniach, niech nam będzie wolno zaczerpnąć od koryfeuszy polskiej teologii miłosierdzia: Świętego Brata Alberta, Świętej Siostry Faustyny i Prymasa Stefana Wyszyńskiego.
Ku czemu scena z „pobożną niewiastą ocierającą twarz Jezusowi” natchnęła Alberta Chmielowskiego? Ku sformułowaniu dewizy przyszłych albertyńskich ośrodków pomocy: „Każdemu głodnemu dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież. Jak nie można dużo, to mało”. I ku – przeszywającej świadomość – prawdzie teologicznej intuicji: „Może nasze zbawienie zależy od małej rzeczy (…)”. Takiej, jak prosty i „mały”, ale i odważny czyn Serafii – Weroniki.
Pan Jezus nie tylko z kart Ewangelii, ale także we własnej Osobie przemawiał do Świętej Faustyny Kowalskiej: „Wiedz o tym, że cokolwiek dobrego uczynisz jakiejkolwiek duszy, przyjmuję jakobyś Mnie samemu to uczyniła (Dz. 1768). A pokorna uczennica i Oblubienica Chrystusa odpowiadała: „Wielka miłość umie zamienić rzeczy małe na rzeczy wielkie i tylko miłość nadaje czynom naszym wartość ( Dz. 302).
A nasz ukochany i bardzo ojcowski Ksiądz Prymas Stefan Wyszyński, na kanwie rozważań nad Przenajświętszym Obliczem, wlewa w nasze serca samą tylko – miłość i otuchę, zagrzewając nas do dobrego życia słowami: „Chrystus czeka na moją dobroć, na moje serce, dłonie, uczucia i wszystko najlepsze /…/. Wszystko, co potrzebne dzieciom Ojca, Ojciec pragnie porozstawiać na wszystkich drogach, którymi idą ludzie cierpiący. Pragnie zmobilizować wszystkich wrażliwych, którzy miłością i uczynnością zmiękczą nawet kamienne serca, stwardniałe w bólu i męce życia

IV_stacja, Le Chemin de Croix

SZYMON GIŻYŃSKIc